Archiwum kategorii: Urbex

Zapomniany schron

Data: 21  Maja 2014
Godzina: ok 13:30
Temperatura: ok 25C
Koordynaty: Szczawno- Zdrój min ul. Saperska

 


Witajcie 🙂 w końcu pogoda dopisuje!
Temat wyprawy był całkiem inny niż sugeruje tytuł, ale jak już wspominałem na FB z pewnych wzgledów nie mogę udostępnić materiałów, które zebraliśmy, bo mogliśmy się narazić z Filipem na pewne nieprzyjemności. Dodam tylko, że zasłyszana ponura historia w którą po prostu nie dowierzałem, okazała się być prawdziwa.

Dobra, zmieniamy temat.  Gdy jeszcze chodziłem do technikum do Szczawna, zastanawiałem się, czy w dobrze rozwijającej się miejscowości uzdrowiskowej są jakieś schrony przeciwlotnicze.
Wertując zasoby internetu znalazłem kilka fotek schronu, który krył się pod górką/ nasypem. Jadąc z Filipem zatrzymaliśmy się pod obiektem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bieda, wejście zasypane od baaardzo dawna. Oczywiście kopanie odpada, bo obiekt znajduje się w parku, a obok kręci się masa ludzi.
Wchodząc na nasyp widać resztki betonowych rur, odpowietrzników.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Część zasypana, część drożna. W dół jakieś 2,5m.
Po drugiej stronie kolejne wejście, kupka gruzu, fragment ściany i nic więcej.
Jedziemy dalej, na ulicy tworzą się korki. Pytam Filipa, czy słyszał o schronie na ul. Saperskiej. Słyszał, wejście zabetonowane. Odbijamy w prawo, omijając tym samym tworzący się korek i podjeżdżamy pod schron.

Wejście zamurowane od kilku lat. Pomiędzy dwoma rzędami bloków jest nasyp. Wiemy, że to pod nim kryje się schron, który został wybudowany dla mieszkańców.
Idziemy wzdłuż niego.
Udogodnienia pomagające wejść na pagórek, na którym obecnie znajduje trzepak 🙂

Kolejne wejście do schronu. W sumie, kto by się spodziewał, że znajduje się on pod naszymi stopami. Wejście nie tylko jest zamurowane, ale jak widać porządnie zasypane ziemią. A więc pierwotnie pagórek  miał inny kształt.

Zniszczona czerpania powietrza.

Schody, raczej współczesne 🙂

WoW! natrafiamy na dziurę 🙂 Świecąc latarką już po kilku sekundach wiemy, że jest perspektywa wejścia do środka obiektu. Idziemy się przebrać.

Prosty chodnik o długości ok 20m.
Przodek zaśmiecony i …. zakończony. Na szczęście jest odbicie w prawo.
Do przejścia mamy kolejne 20m. Po lewej stronie mijamy resztki metalowych rupieci.
Reszta chodnika zasypana. Filip dochodzi do końca, by sprawdzić, czy da się przecisnąć do dalszej części, niestety dalszy odcinek jest kompletnie zasypany.
Z jednej strony jesteśmy zmartwieni, że obiekt okazał się być tak mały, tzn. dostępna część, bo sam nasyp jest dosyć długi z drugiej zaś strony nie mieliśmy zamiaru obiektu eksplorować, bo wiedzieliśmy, że jest on zamknięty, a nie był. 

Po zakończeniu eksploracji ruszyliśmy dalej. Pewnego dnia wrzucę relację z miejsca do którego zawitaliśmy.
A tymczasem do usłyszenia.

Wyprawa życia- Czarnobyl 2014

Data: 31 Marzec 2014
Godzina:  każda
Temperatura: ok 10C
Koordynaty: Czarnobyl, Prypeć, Sławutycz, Kijów itp

PROLOG:
Wyprawa została zorganizowana przez strefazero.org
I w tym miejscu chciałbym podziękować organizatorom za sprawne ogarnięcie tematu (jak zawsze zresztą)
Podziękowania należą się również Szymkowi, czyli „opiekunowi” Pentagramu Gamma, dzięki Szymek 🙂
Dziękuję Susanne za kobiece towarzystwo i miłe dla oka widoki 😉
Dziękuję Darkowi i Markowi za stworzenie niepowtarzalnego klimatu, oraz Adrianowi i Remikowi za zakwaterowanie, bez chłopaków musielibyśmy spędzić na dworze ok 10h.

Nie wiem od czego zacząć… od rysu historycznego?  od obalenia mitów?  czy od tego w jaki sposób się tutaj znalazłem? A może od informacji odnośnie Polskiej radiofobi?
Tak naprawdę, gdybym chciał się skupićna każdym wymienionym aspekcie, zabrakło by mi wirtualnej przestrzeni dyskowej przydzielonej dla bloga.
Oczywiście samej wyprawie można nadać różny wydźwięk. Dla mnie jest to po prostu wyprawa życia i nie sposób jest opisać tego przywiązania do Strefy.  Oczywiście większość osób tego nie zrozumie, bo co jest ciekawego w pustych blokach w których hula wiatr? Po prostu tego nie zrozumiecie.
Ten post będzie pamiątką po tej wyprawie.
 
Strefa ma w sobie jakiś urok który przyciąga ludzi, każdy ma swoje powody żeby się tutaj znaleźć, dla jednych jest to po prostu ekstremalna wycieczka, dla innych zaś chęć zobaczenia miejsca w którym doszło do największej katastrofy nuklearnej na świecie.
 
Wyjazd marzył mi się od dobrych 6lat. Znalazła się kasa, można było zacząć obmyślać plan i kompletować sprzęt. Dni odliczane przez zegar na blogu mijały bardzo szybko, aż w końcu nadszedł ten dzień, 31 marca, dzień wyjazdu…
 
 
Wjazd do Szymka, tam pyszne śniadanie 🙂 i pociągiem do Warszawy. Z Warszawy zaś autokarem w kierunku Strefy. Podróż trwała wiele godzin, aczkolwiek te mijały bardzo szybko.

 

Po dojechaniu do Sławutycza, zostaliśmy przydzieleni do odpowiednich mieszkań.
A mieszkanie trafiło się nam całkiem niezłe 🙂

Wszechobecne ikony 🙂
 Sławutycz- 25tysięczne miasteczko wybudowane tuż po katastrofie dla pracowników elektrowni jądrowej.
To co mnie zdziwiło to dosyć gęsto usiana sieć sklepów i restauracji.

Pierwszego dnia udaliśmy się w kierunku nieczynnej elektrowni atomowej.
Żeby dostać się do zamkniętej Strefy, wsiedliśmy w pociąg dla pracowników elektrowni. Tak, nadal przewija się tam blisko 1500osób, wykonując mniej lub bardziej skomplikowane prace.
Jako, że miałem bluzę od munduru polowego z flagami na barkach ludzie jakoś dziwnie na mnie spoglądali, aczkolwiek jeden Pan podszedł, przywitał się i coś tam powiedział, niestety go nie zrozumiałem. Ach ta bariera językowa.

Po opuszczeniu pociągu, każdy przechodził przez punkt kontrolny, w którym min. sprawdzano paszport. Mały stresik pojawił się, gdy trzeba było przejść przez bramki dozymetryczne 🙂
Ot, szafa bez bocznych ścianek, wyłożona w niektórych miejscach detektorami.
Z tego ci mi wiadomo, pojawił się tylko jeden incydent, kiedy osobie z grupy zapaliła się czerwona lampka 😉

Pierwszym punktem wyprawy był podjazd pod bramę elektrowni
Już w drodze pod elektrownię, licznik wskazywał znaczny wzrost promieniowania.

Każdy krok w kierunku bramy elektrowni, sprawiał, że moje ciało zostawało gęściej ostrzeliwane rozpędzonymi cząsteczkami.

Nowa Arka ma przykryć stary i zużyty Sarkofag, którego celem było zabezpieczenie elektrowni.

 
„25 kwietnia 1986.
Zapada decyzja o przeprowadzeniu testu na zmodernizowanych zespołach turbogeneratorów.
Tak w skrócie: Test miał wykazać, jak długo elektrownia będzie w stanie bezpiecznie pracować po odcięciu dostaw prądu. Jak wiadomo, elektrownia część prądu zużywa na własne potrzeby, po przerwaniu dostaw, elektrownia musi mieć elektryczność min. do zasilania  pomp chłodzących reaktor. Warunkiem przeprowadzenia testu było obniżenie mocy reaktora i odcięcie dopływu pary do turbin”
Budowla jest potężna.
Wady konstrukcyjne i czynnik ludzki. Te dwie rzeczy doprowadziły do największej katastrofy jądrowej w dziejach ludzkości.
28 kwietnia, a więc dwa dni po katastrofie, przychodzący do pracy ludzie z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej uruchamiali bramki dozymetryczne.
Awaria urządzenia? Nie. Zakładano, że doszło do wybuchu atomowego, jednak już pierwsze badania powietrza wskazywały na katastrofę w elektrowni jądrowej.
Radio BBC głosiło, że w Czarnobylu ludzi chowa się w masowych grobach! Panowała dezinformacja.

Następnie zaliczyliśmy klika mniejszych wioseczek, które zostały wysiedlone, bądź też zrównane z ziemią z uwagi na silne skażenie.Takich oznaczeń jest całkiem sporo, najczęściej stoją w szczerym polu, z uwagi na promieniowanie, poruszać można się tylko drogami asfaltowymi (teoretycznie)

 „Zgodnie z planem, moc reaktora na potrzeby eksperymentu zostaje powoli obniżana do poziomu 50%. Godzina 14:00
Reaktor jest gotowy do przeprowadzenia eksperymentu. Wyłączone zostają systemy awaryjne.”

 Promieniowanie beta+gamma piasku.


„Niespodziewanie dyspozytornia z Kijowa, nakazuje wstrzymanie testu,  inna elektrownia ma problemy z dostarczaniem prądu, aby nie odciąć mieszkańców od energii test zostaje przełożony na zmianę nocną. Nieprzeszkolona zmiana, ma do dyspozycji tylko ustne przekazy i kilka pokreślonych kartek”

 „Godzina 00:30 w nocy.
 Zbyt niska moc reaktora, przyczynia się do  wydzielenie ksenonu, który pochłania neutrony i tym samym moc reaktora, jeszcze bardziej spada. Nie jest to pożądane zachowanie.
Operatorzy łamią przepisy i wyciągają dalsze pręty kontrolne, moc wzrasta.”

Pod tym pagórkiem może znajdować się zrównana z ziemią chatka, tzn dom.


 Jedno z pierwszych ostrzeżeń organizatorów brzmiało: uważajcie na gwoździe.
Pierwsza lepsza chatka i na niego nadepnąłem…po nadepnięciu Bennonem, gwóźdź się złamał 😉


Godzina 14.
Reaktor jest gotowy do przeprowadzenia eksperymentu. Wyłączone zostają systemy awaryjne.”

Oczywiście wszystko co było cenne, zostało wiele, wiele lat temu splądrowane.

 Studnia, na szczęście większość jest całkowicie zasypanych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„26 kwietnia 1986
Godzina 01:23
Rozpoczął się niedopracowany eksperyment. Załoga nie zdawała sobie sprawy z niestabilności reaktora i wyłączyła przepływ pary do turbin. Ponieważ zwalniająca turbina napędzała pompy, przepływ wody chłodzącej zaczął maleć, a produkcja pary wzrosła. Dodatnia reaktywność dla pary, jedna z charakterystycznych cech reaktorów typu RBMK, spowodowała wzrost ilości rozszczepień, a co za tym idzie – temperatury. To jeszcze bardziej zwiększyło parowanie wody. Szybko przekroczona została szybkość pracy reaktora, która mogła być zahamowana przez wydzielony ksenon. Wzrost mocy i temperatury reaktora nastąpił lawinowo”

Spójrzcie na pokrycie dachu…strzecha.























Park zdalnie sterowanych maszyn, które brał udział przy usuwaniu gruzu. Podobno wszystkie uszkodziło promieniowanie.

„Reaktor za bardzo się rozhulał i  zapadła decyzja uruchomienia procedury AZ-5 SCRAM. Po naciśnięci czerwonego guziczka, pręty kontrolne powinny opaść do reaktora i zacząć go awaryjnie wygaszać”

Pomnik strażaków, którzy dzielnie walczyli z ogniem i niewidzialnym promieniowaniem.
Wielu z nich poświęciło swe życie.
Szacuje się, że wszystkich ludzi biorących udział w likwidacji skutków wybuchy, a wiec tzw. likwidatorów było ok 800tysięcy!

„Niestety procedura nie zadziałała, pręty wsuwały się zbyt wolno, a ich grafitowe zakończenia tylko dolały oliwy do ognia, bo wypychając wodę, a wiec chłodziwo, przyśpieszył reakcję.”


Polski akcent 🙂

Za budynkiem widać radar pozahoryzontalny, czyli tzw. Oko Moskwy. Chodzą słuchy, że mógł kontrolować pracą umysłu człowieka hehe 😉 Swym zasięgiem pokrywał nawet Stany Zjednoczone.
 
  
„Przegrzanie rdzenia sprawiło, że kanały paliwowe popękały, blokując pręty kontrolne. W ciągu trzech sekund moc reaktora wzrosła do 530 MW. O godzinie 01:23, w siedem sekund po rozpoczęciu AZ-5, moc cieplna osiągnęła 30 GW, niemal dziesięciokrotnie przekraczając normalny poziom. Gwałtowny wzrost ciśnienia zniszczył kanały paliwowe i rozerwał rury z wodą chłodzącą. Paliwo zaczęło się topić i wpadać do zalegającej na dnie wody”

Teren wokół radaru również jest skażony. Wchodzimy do budynku.

Ten kto twierdzi, że stan budynków w Prypeci jest kiepski, albo nie ma pojęcia o urbexie, albo pisze to celowo, tak by uzyskać lepszy klimat.
Budynki są w bardzo dobrym stanie, podłogi przegniłe, ale nie zapominajmy, że pod nimi jest beton.
Wstawić panele, pomalować ściany i można mieszkać 🙂

Mech, kumuluje wodę, przyswaja pierwiastki i tak w kółko. Z tego względu mech jest jedną z najbardziej radioaktywnych roślinek w Strefie 🙂

Jedna z najbardziej charakterystycznych rzeczy w Prypeci. Diabelski młyn.

Szpital, klimat jest niesamowity.
Nie tak dawno były plany, żeby ponownie zasiedlić Prypeć. Oczywiście nie było by to jakimś super  wielkim problemem, tylko po co to robić? Pompować kasę w walące się budynki, skoro taniej wybudować nowe osiedla.

„Godzina 01:24
20 sekund po rozpoczęciu AZ-5, wzrost ciśnienia znajdującej się w reaktorze pary wodnej doprowadził do pierwszej eksplozji pary, która wysadziła ważącą 1200 ton osłonę biologiczną (antyradiacyjną) pokrywającą reaktor. Kompletnie zniszczony rdzeń reaktora wszedł w kontakt z chłodziwem, co spowodowało reakcję cyrkonowych wyściółek kanałów paliwowych z wodą, która zaczęła rozkładać się z wydzielaniem wodoru, a po zniszczeniu cyrkonowych osłon bezpośrednio zetknęła się z rozżarzonym grafitem o temperaturze 3000 °C i doszło do jej termolizy z wydzielaniem mieszaniny piorunującej „

 Widok zza okna 🙂 Dziwny widok, las opuszczonych wieżowców. Powiem wam, że większość budowli jest w stanie wręcz doskonałym. Bywałem w gorszych ruderach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Następnie doszło do drugiej, nieco większej eksplozji wodoru i tlenu, która zniszczyła budynek czwartego reaktora.
Eksplozja ta pozwoliła na wniknięcie powietrza do wnętrza reaktora. Spowodowało to zapłon kilku ton grafitowych bloków izolujących reaktor, które płonąc przez 9 dni, uwolniły do atmosfery najwięcej izotopów promieniotwórczych. Większość z 211 prętów kontrolujących pracę rdzenia reaktora stopiła się.
Do atmosfery dostał się radioaktywny pył. Radioaktywne cząstki wyrzucone do atmosfery wybuchem, jak i te emitowane nadal w wyniku trwającego pożaru grafitu, tworzyły pióropusz radioaktywnych drobin o wysokości 1030 m, który następnie przemieścił się w stronę miasta Prypeć. Wiatr utrzymywał jednak chmurę radioaktywnych cząstek z dala od miasta”

Nie wiem co było w środku, ale butelki był pełne.

 

Sejf, co najmniej jeden na każdym piętrze, zapewne trzymano w nich odczynniki/leki.

Kartoteki pacjentów

Zatopiona barka. Tak da się wejść na pokład 🙂

 Prypeć 1970.
Wiki:
Miasto zostało założone 4 lutego 1970 r. jako osiedle dla pracowników elektrowni jądrowej w Czarnobylu), w odległości około czterech kilometrów od samej elektrowni. 27 kwietnia 1986 r., dzień po katastrofie w Czarnobylu, zapadła decyzja o (w pierwotnych zamiarach czasowej) ewakuacji miasta. Około 50 tysięcy mieszkańców do wieczora musiało opuścić swoje domy. Do godz. 16.30 tego samego dnia ewakuacja została zakończona. Dwie godziny później oddziały milicji ponownie przeszukały miasto, odnajdując 20 osób, które miały zamiar uniknąć wyjazdu. Dla pracowników elektrowni i ich rodzin w latach 1986-1988 zbudowano nowe miasto Sławutycz (w tym mieście mieliśmy mieszkania)
Zielona aleja niczym w parku. Jeszcze słabo zarośnięta, aczkolwiek pora wycieczki nie była przypadkowa. Do Strefy jedzie się wtedy, gdy nie ma jeszcze bujnej roślinności.

Opuszczony basen. Wyobraźcie sobie, że przed wybuchem miasto Prypeć było jednym z najlepiej rozbudowanych. Szkoły, szpitale, basen, kino, wesołe miasteczko. Życie tętniło.
Sala gimnastyczna. Przegniła podłoga zaczyna się zapadać.

 Podziemia szpitala, to w nim można znaleźć najbardziej radioaktywne rzeczy (czyt. ubrania strażaków) Strażaków, którzy ucierpieli w akcji gaszenia reaktora transportowano tutaj, skażone ubrania i buty wrzucano do piwnicy.

 „Wkrótce po wybuchu na miejsce przybyła straż pożarna. Pierwsza stawiła się brygada pod komendą porucznika Władimira Prawika, który zmarł 11 maja 1986 w wyniku choroby popromiennej. Strażacy nie zostali poinformowani o niebezpieczeństwie kontaktu z radioaktywnym dymem i odpadami, a możliwe jest też, że w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że wypadek to coś więcej niż zwykły pożar instalacji elektrycznych. „Nie wiedzieliśmy, że to reaktor. Nikt nam tego nie powiedział””

 

Wszędzie porozrzucane rzeczy osobiste. Głupia lalka… dawniej należała do jakiejś dziewczynki, czy żyje ona nadal? Czym się teraz zajmuje?

 Film znaleziony w pokoju fotograficznym. Dzieciaki miały nawet własną ciemnię.

Podłoga usiana maskami p.gaz. Piękny widok.. Tam gdzie maski, tam bajeranckie drewniane skrzynie. Nie wiem, czy maski był na wyposażeniu każdego większego budynku, czy też zostały dostarczone.

Komisariat policji

„Ugaszenie płonącego grafitu było bardzo trudne. Potrzeba było do tego kilku tysięcy ton piasku, boru, dolomitu, gliny i ołowiu zrzucanych ze śmigłowców. Zrzucane materiały pod wpływem żaru z reaktora stapiały się razem, tworząc zwartą masę. Jak się później okazało ołów, zastosowany w gaszeniu reaktora, pod postacią par wyrządził ogromne szkody osobom gaszącym reaktor”

Siedziba straży pożarnej.
 Zniszczone szklarnie. Nie zobaczymy już osób dbających o roślinność.

 ” Reaktor był tak zbudowany, że pod jego podstawą, grubą na metr warstwą betonu, znajdowały się zbiorniki rozbryzgowe na wodę z ewentualnych wycieków. Gdyby lawa przedostała się do tych zbiorników, mógł nastąpić kolejny wybuch, powodując jeszcze większe skażenie. Ponieważ prawdopodobieństwo takiego zdarzenia szacowano na 10-15%, przedsięwzięto akcję zapobiegawczą. Ściągnięto setki wozów strażackich i beczkowozów do wypompowania wody, lecz mimo tej akcji w zbiorniku wciąż pozostawało kilka hektolitrów wody. Trójka inżynierów zgłosiła się na ochotnika i dotarła do zbiornika, by otworzyć dwa zawory główne.”

Kolejne przedszkole i kolejne zabawki. Oczywiście wiele osób ustawia sobie rzeczy tak, by wyszło klimatyczne zdjęcie, tym razem nie było inaczej.

 


Arka pięknie lśni w pełnym słońcu. Na jej budowę zrzuciło się wiele państw. W końcu trzeba było zadbać o bezpieczeństwo. Dach starego Sarkofagu był po prostu dziurawy.. Woda wpadała do środka, wymywała skażoną ziemie i wsiąkała w glebę roznosząc radioizotopy. 

„Po otwarciu zaworów przystąpiono do instalowania pod reaktorem agregatów chłodzących. Ponieważ w trakcie prac temperatura reaktora spadła (głównie w wyniku zasypywania go ołowiem), zamiast tego postanowiono wybudować w tym miejscu „poduszkę betonową”, aby w razie przepalenia się reaktora do wnętrza nie doszło do stopienia fundamentów i silnego skażenia terenu. Ponieważ grunt był miękki, użyto techniki stosowanej w podobnych sytuacjach do budowy metra — w ukośne odwierty wlewano ciekły azot (-196 °C) i doprowadzono do zamrożenia gruntu. 13 maja grupa 450 górników sprowadzonych specjalnie z Tuły  rozpoczęła kopanie tunelu o długości 150 metrów. Ukończono go po 36 dniach pracy w trzygodzinnych szychtach (w celu ograniczenia napromieniowania). Górnicy w tym okresie otrzymali dawkę 40-80 rem, w ciągu kilku kolejnych lat 170 z nich zmarło
Po 10 dniach pierwotna, betonowa podstawa reaktora przepaliła się i radioaktywne szczątki reaktora runęły do zabezpieczonego „betonową poduszką” zbiornika, gdzie pozostają do dziś. Ich wydobycie jest obecnie niemożliwe.
W grudniu 1986 roku, po 6 miesiącach dochodzenia, przeprowadzono badania wewnątrz betonowego sarkofagu gdzie odkryto wysoce radioaktywna substancję w pomieszczeniach poniżej reaktora, ważąca kilkaset ton bryła została nazwana „stopą słonia” z powodu swojej pomarszczonej powierzchni. Bryła ta jest spiekiem piasku, szkła i dużych ilości radioaktywnego paliwa, które wydostało się z reaktora. Przez betonowy sufit pomieszczeń pod reaktorem przedostała się lawa roztopionych szczątków oraz wcześniej nieznana substancja krystaliczna, która została nazwana czarnobylitem”

„Średnia dawka na całe ciało, jaką otrzymał średnio mieszkaniec Polski w wyniku awarii czarnobylskiej, w ciągu roku od awarii wyniosła 0,3 mSv, a przewidywana dawka jaką otrzyma w ciągu 70 lat 0,9 mSv, w tym czasie dawka promieniowania naturalnego wyniesie około 170 mSv
Faktycznie 1 maja opad promieniotwórczy nie był już groźny dla zdrowia. Nie zarejestrowano wzrostu zachorowań na raka brodawkowatego tarczycy, typową formę raka popromiennego. Znaczny udział w budowaniu atmosfery lęku przed energetyką jądrową miały wypowiedzi prasowe doktora Jerzego Jaśkowskiego, który w 1989 sugerował, że ilość radionuklidów uwalnianych [do atmosfery] podczas bezawaryjnej pracy elektrowni jądrowej w ciągu jednego roku stanowi wartość porównywalną z 100 bombami, zrzuconymi na Hiroszimę oraz że katastrofa w Czarnobylu spowodowała wzrost liczby martwych urodzeń w Polsce o około 30 tys”

Co by tu na koniec napisać. Chyba tyle, że turystyka czarnobylska kwitnie, choć oficjalnie przebywać tu nie wolno, wszelkiej maści biura turystyczne z całego świata organizują podobne wypady.
Na budowę nowego Sarkofagu wydamy 400mln euro. Celowo piszę wydaMY, bo Polska już wyłożyła ok 1,5mln 🙂

No cóż marzenie spełniłem, aczkolwiek zamierzam tu jeszcze powrócić, być może w podobnym składzie 🙂
Teraz co jakiś czas, ktoś mnie pyta: Co dalej?
Nie wiem 🙂 Coś się wymyśli 😉

 PENTAGRAM GAMMA!

DSCF0185_1024x768

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa_elektrowni_j%C4%85drowej_w_Czarnobylu

Nieznany schron w Wałbrzychu

Data: 22 Marzec 2014
Godzina: ok 18:30
Temperatura: ok 10C
Koordynaty: Utajnione

Lokalizacja obiektu  
ŁATWA, średnia, bez trapera się nie obejdzie
Zapotrzebowanie sprzętowe
brak, małe, ŚREDNIE,
musisz załatwić tragarza
Poziom trudności  

MAŁY, średni, pół-armageddon    


Obiekt mieliśmy z Filipem na oku już od dłuższego czasu, jednak nie było okazji by do niego zajrzeć. Dziś, znudzeni wędrowaniem po lesie postanowiliśmy wbić się do środka 🙂

Wejścia były 2, no oficjalnie 3. Dwa kominy wentylacyjne służące jednocześnie jako czerpnie powietrza i wejście główne mieszczące się wewnątrz, nadal użytkowanego budynku.


Jeden komin był zbytnio na widoku, więc zakradliśmy się od tyłu.
Musieliśmy zejść ok 2,5m w dół. O ile zeskoczenie, po wcześniejszym opuszczeniu się na rękach nie było by problemem, o tyle powrót na powierzchnię byłby znaczne utrudniony. Skorzystaliśmy więc z liny.

Po odbiciu w prawo, ukazała się nam salka ze sklepieniami w kształcie łuku.

 Obok wejścia leżały już bardzo zeżarte przez rdzę drzwi z masą dziur, może po kulach? 🙂

 Resztki oświetlenia.

 Drzwi prowadzące do kolejnego pomieszczenia.

Przejście do kolejnej salki prowadziło wąskim korytarzem załamującym się kilkukrotnie pod kątem 90stopni

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I wychodzimy w takim samym pomieszczeniu jak to pierwsze.

Z takimi samymi lampami i resztkami infrastruktury zasilającej.

Do wnętrza schronu przedostają się korzenie roślin.

Część ścian zdobią nacieki.

 Na spągu zalega masa żółtego pyłu.

 Odwodnienie.

Drugi komin wentylacyjny.

 Resztki kraty zabezpieczającej wylot komina

 Kolejna odnoga prowadząca do drzwi wejściowych z użytkowanego budynku

Po dokładnym obejrzeniu pomieszczeń wdrapaliśmy się po linie na górę i wróciliśmy do samochodów.

Napisałem „nieznany schron”, bo nigdzie nie znalazłem zdjęć, ani opisu prezentowanego obiektu.
Wypad uważam za udany 🙂

Schron na Żelaznej, Ernestyna, Wołowiec

Data: 19 Stycznia 2014
Godzina: ok 11:40
Temperatura: ok 5C
Koordynaty:50° 44′ 31 16° 16′ 59

Lokalizacja obiektu  
ŁATWA, średnia, bez trapera się nie obejdzie
Zapotrzebowanie sprzętowe
brak, MAŁE, średnie,
musisz załatwić tragarza
Poziom trudności  

MAŁY, średni, pół-armageddon 


Choć w Witkowie pogoda dopisywała, to już od Jabłowa zaczynało robić się nie ciekawie. Wszechobecna mgła.

No, ale trzeba było jakoś wykorzystać ten wolny czas. Zgadałem się z Filipem i ruszyliśmy do Wałbrzycha na poszukiwania schronu, mającego znajdować się na ulicy Żelaznej. Nie było to dla nas jakimś większym problemem, więc po zlokalizowaniu wejścia, wbiliśmy do środka.

Po zrobieniu pierwszej fotki wiedziałem już, że bez statywu się nie obejdzie.

Jeszcze tylko dostosować wiązkę światła i czas naświetlania.

Działa 🙂

 W środku zalega mnóstwo belek i desek, resztek szalunku, o dziwo drewno jest w dobrym stanie, tak jak by się go wilgoć nie imała (jest takie słowo? :D)

Głaz, wiele takich kamyczków zalega na stropie i tylko czeka, żeby go trącić 🙂

Nacieki.

 Jak widać, na spągu zalega mnóstwo kamieni, jednak sztolnia w mojej ocenie jest stosunkowo bezpieczna 🙂

Obiekt uchodzi za niedokończony schron, aczkolwiek pojawiają się opinie, że sztolnia miała mieć inne przeznaczenie.
Gruby ślad po wiertle, jeszcze się z takim nie spotkałem.

 Resztki szyn po których poruszał się wagonik do wywożenia urobku.

Czarna breja.

W końcu dochodzimy do przodka.

 Korytarz odbija w prawo, do drugiego wejścia/wyjścia. Sztolnia ma ok 170m długości.

 Wejście/wyjście.

Po zapakowaniu się do samochodu udajemy się w kierunku kopalni, której nazwy jeszcze nie znamy. Mamy mapę i przeczucie Filipa 🙂

Rozmyta droga? Na szczęście samochód się spokojnie zmieści 🙂

Parkujemy samochód i po przejściu kilkunastu metrów naszym oczom ukazuje się piękny portal wejściowy do kopalni Ernestine, w której wydobywano węgiel do lat 30stych.

Wcześniej jednak robimy małe rozpoznanie w terenie. Oczywiście co kilkanaście kroków natrafiamy na dziury wykopane przez biedaszybowców.

A także na zarysy budynków, należących dawniej do kopalni.

Już dłużej nie zwlekając, przystąpiliśmy do…. wejścia.

Druga ścianka również przekuta.

Pierwsze 10 metrów chodnika.

Ostatni „bezpieczny” fragment sztolni 🙂
Bo jak widać obudowa nie wytrzymała i zawaliła się pod obciążeniem.

 Po wczołganiu się na zawał drogi są dwie, prosto i w prawo.
Niestety stan sztolni jest tak krytyczny, że zwyczajnie w świecie odpuszczamy. Należy dodać, że sztolnia była drążona w piaskowcu. Zresztą, już na zawale czuć zmienioną atmosferę.
 Chodnik idący naprzód.
I ten po prawej. Co czeka za tonami skał? nie wiadomo.
Pora wracać.


Kierujemy się nad sztolnię, poszukać innych górniczych pozostałości. 
Tam natrafiamy na (prawdopodobnie) szybik wentylacyjny.

Niestety w całości zasypany. Dzisiaj pełni rolę schowka na narzędzia biedaszybników 🙂

 Mniej więcej w tym momencie zaczynamy słyszeć i widzieć idących w naszym kierunku dwóch ludzi, więc się zawijamy. Już po kilku minutach słyszymy wołanie więc, zawracamy i idziemy na spotkanie. Okazuje się, że owe osoby wzięły nas za leśniczych (ja w moro) i zaczęli się tłumaczyć, że drzewo robią legalnie 🙂 Rozmowa była miła, oczywiście wypytaliśmy o sztolnię i biedaszybników, okazało się, że panowie sami jeszcze nie tak dawno zajmowali się wydobyciem. Po kilku minutowej rozmowie się rozstaliśmy i udaliśmy na poszukiwanie drugiego wejścia do Ernestyny, o którym poinformowali nas panowie. Natrafiliśmy na resztki bocznicy kolejowej do wywożenia urobku.

Ale nie natrafiliśmy na drugi wylot, gdy teraz przeglądam map,y okazuje się, że panowie podali nam drogę z bardzo dużym błędem. Z relacji innych osób wiemy, że wejście jest zabetonowane i to podwójnie (2 ścianki) Na dodatek znajduje się ono na prywatnej posesji, tak więc nic nie straciliśmy. Wracając do samochodu, podjechał do nas Nissan Navara, a z niego wysiadło dwóch Strażników Ochrony Kolei, naszych kumpli poprosili o papiery, a nas zapytali w stylu „A wy panowie co tutaj robicie?” „Nie chodzicie przypadkiem z wykrywaczem (metalu)?”
Odpowiedzieliśmy, że nie i otworzyliśmy bagażnik. W samochodzie się trochę pośmialiśmy i ruszyliśmy w kierunku Wołowca 🙂
I żeby nie przekombinować posłużę się opisiem z Wiki:

„Tunele pod Małym Wołowcem – najdłuższe tunele w Polsce. Są to dwa równoległe, proste,jednotorowe, tunele kolejowe wydrążone pod Małym Wołowcem. Pierwszy tunel o długości 1560 m wydrążono w latach 1876-1879. Drugi równoległy o rekordowej długości 1601 m, wydrążono w latach 1907-1912. Wlot tuneli położony jest na wysokości 540 m n.p.m., a wylot na poziomie 535 m n.p.m. Maksymalna głębokość tuneli od powierzchni wynosi 181 m. Tunele wykonano w obudowie murowej z bloczków kamiennych, częściowo z cegły klinkierowej, a miejscami ze wstawkami elementów obudowy żelbetowej. Portale wlotów do tunelu wykończono w obudowie kamiennej z klińców. Kształt tuneli eliptyczny, szerokość 4,8 m, wysokość 5,8 m. W ociosach tuneli wykonano kilkanaście wnęk ucieczkowych i rewizyjnych układu odwadniania tuneli. W celu odprowadzenia spalin w połowie tunelu wydrążono w skale szyb wentylacyjny (komin) służący do przewietrzania, a między równoległymi tunelami wykonano pięć przecinek łączących (z czego do dziś trzy pozostały drożne), które jednocześnie stanowią wnęki awaryjne.”

 W tunelu pizga tak, że najlepiej ubrać czapkę 🙂

Wnęki ucieczkowe

Oryginalne, niemieckie tablice.

Są przesłanki mówiące o tym, że tunel miał być jednocześnie schronem dla pociągu Hitlera. 

 Idziesz, idziesz i końca nie widać 🙂

 Przejście do drugiego tunelu, tego bocznego po którym poruszają się pociągi.

 

 To jest ciekawe, bo wygląda jak zamurowane wejście.

 Wejście do komory z kominem wentylującym tunele.

 A na stropie tunelu, kanał odprowadzający spaliny.

 Wykuty w skale komin ma ok 90m wysokości, z góry obficie leje się woda.

 Oczywiście na górze (w sensie na górze góry) jest wysoki na kilka metrów komin, ale niestety nie mieliśmy już czasu żeby do niego podejść.

Co ciekawsze w 1996r, jedna z grup eksploratorskich „Troll” Na Wołowcu odkopała wejście do 40metrowej sztolni w której znajdował się zalany szybik. I w tym miejscu należy wspomnieć o obiekcie S-3 „Rudigier”
Podziemnej centrali telefonicznej, której nie udało się odnaleźć.
Chłopaki z SGE podjęli się odpompowania zalegającej wody i oczyszczenia szybu z zalegającego butwiejącego drewna. Po kilku dniach pracy, udało się im udrożnić szybik do głębokości ok27m.
Niestety, nie było żadnego przebicia w bok. Tym samym udało się im rozwiać jakiekolwiek nadzieje związane z występowaniem S-3 w masywie Wołowca.
Niestety również na tą ciekawą sztolnię zabrakło czasu.

Fotka lewego, działającego tunelu, my poruszaliśmy się prawym, na którym nie ma już śladów po torach.

Do usłyszenia! 🙂

Wyprawa do Sanatorium przeciwgruźliczego w Sokołowsku

Data: 1 Stycznia 2014
Godzina: ok 11:40
Temperatura: ok 8C
Koordynaty: 50° 41′ 10.64 16° 14′ 3.68

Lokalizacja obiektu  
ŁATWA, średnia, bez trapera się nie obejdzie
Zapotrzebowanie sprzętowe
brak, MAŁE, średnie,
musisz załatwić tragarza
Poziom trudności  

MAŁY, średni, pół-armageddon 



Jako, że już wcześniejszego dnia wiedziałem, że pogoda będzie ładna, postanowiłem wrzucić coś na ruszt 🙂 
Padło na miejscowość, położoną ode mnie o ok 25km, Sokołowsko.

To co nas tak na prawdę przyciągnęło do tej miejscowości to pierwsze na świecie sanatorium na gruźlików, powstałe dzięki dr Hermanowi Brehmerowi, a takowe zostało wybudowane 1855. W dodatku, obiekt mógł się poszczycić nowatorską metodą leczenia chorych.
Po pewnym czasie Sokołowsko stało się prawdziwym leczniczym kurortem, a sam obiekt znany na całym świecie. Zachwycał klimat wsi, jak i sama architektura budynku.
Jako, że kompletnie nie znam się na tej dziedzinie, pozwolę sobie zacytować pewien fragment:

Budynek jest murowany z cegły na zaprawie wapiennej, a jego elewację pokrywa czerwona cegła klinkierowa. Prezentuje styl neogotyku z delikatnymi wpływami stylu orientalnego. W niektórych miejscach konstrukcja jest drewniana o szkielecie wypełnionym cegłą. Budynek jest rozbudowany i posiada liczne wieże, wykusze oraz otwory okienne o ostrych lub łagodnych łukach, a także balkony z ceglanymi ornamentami. Dachy są natomiast drewniane, wielospadowe pokryte łupkiem i dachówką ceramiczną oraz szkliwioną cegłą w zwieńczeniu wieży części środkowej z zachowanymi dekoracyjnymi obróbkami blacharskimi”  

Oczywiście, biorąc pod uwagę tamte lata, mieszkańcami dzisiejszego Sokołowska byli Niemcy.
Myśleliście, że miejscowość by się tak wybiła, gdyby należała do Polaków? 😉 
Gdy Niemcy przegrali II Wojnę Światową, wkroczyli tu Rosjanie, nie wiem, czy coś psuli, ale na pewno tak, w każdym bądź razie Sokołowsko zostało oddane Polakom. Sanatorium skierowało się ku leczeniu chorób płucnych, a następnie w wyniku problemów finansowych upada i zaczyna zamieniać się w ruinę….

 Tablica przed głównym wejściem.

Widok na bramę wjazdową.

 Wypływająca woda spod…. budynku.


Nie będziemy się czaić jak pedofil w krzakach, wchodzimy.

Jedna cześć budynku nie jest w najlepszym stanie 😉 Wcale nie lepiej jest w innych częściach .

Rozkuta ściana z żelastwem… na szczęście obiektem opiekuje się pewna organizacja 🙂

 Wspominałem o nie najlepszym stanie niektórych części, tutaj przykład.

Łazienki?

Tymi schodami za daleko nie dojdziemy 🙂

 Belka… jest ich tu sporo, obiekt od 2007 jest pomalutku remontowany.

Kolumny, kto nie chciał by mieć takich w swoim domu?

 Bardzo fajna sala, ze względu na całkowicie drewniany sufit i drewniane żyrandole.

Wejście na wyższy „level”

Wyobraźcie sobie, że w czasach świetności, tymi korytarzami przechadzały się setki osób.
W szczytowym momencie, w Sanatorium przebywało ponad 700 kuracjuszy!

Współczesność.Nawet ładny ten  Charmander 🙂

 Co my tutaj mamy…. wejście na wieżę i do podziemi 😀
 Najpierw góra, potem dół.

Slabu widoczne zdobienia ścian wewnętrznych wieży.

 Wyżej wejść się nie da.

 Widok z wieży.

Czas na podziemia.

I ta ciekawe cześć. Albowiem, na początku wspominałem o strumyku wypływającym, spod obiektu.
Ta część piwnic jest częściowo zalana.

Zalany „pokój”

Tak dreptając przez korytarz, w końcu natrafiamy na poprzeczną przeszkodę, coś ala wał z cegłówek, zaś na szczycie wykuta dziura, zaglądamy, a tam…

  Płynie sobie wartki strumyczek 🙂

Ślady instalacji.

I widok na korytarz.

 Ostanie looknięcie i zmykamy.