Wszystkie wpisy, których autorem jest LEON

Wyprawa do Kolorowych Jeziorek

Data: 13 Sierpnia 2012
Godzina: 14;40
Temperatura: 18C
Koordynaty: 50 50 12.63 15 58 35.49

Na wstępie zaznaczę, że jest to pierwsza część wyprawy.

Ostatni raz byłem tu hm… jakieś 10lat temu, a jedyne co pamiętam to to, że cholernie chciało mi się pić i w zasadzie nic więcej. Postanowiłem tu wrócić, gdy się okazało, że owe kolorowe jeziorka są efektem prac górniczych, kopano tutaj piryt do produkcji kwasu siarkowego i to przede wszystkim on nadaje koloru tutejszym jeziorkom.

Więcej szczegółowych info znajdziecie choćby w wikipedii, ja nie lubię kopiować czyiś tekstów (pomimo, że one też są skopiowane od kogoś) więc mój blog będzie jak Playboy, mało do czytania, więcej do oglądania 😉

Od parkingu mamy jakieś 100m do pierwszego „jeziorka”, czyli żółtego, które obecnie jest zielone (glony i te sprawy)



Woda to tak na prawdę bardzo słaby roztwór kwasu siarkowego, pH=3, mimo to, tak jak widać na zdjęciach, niektórym roślinkom to nie przeszkadza

Do kolejnego jeziorka przechodzi się wydrążonym tunelem


A  w tunelu ciekawe nacieki.
Formacje skalne:

A trochę dalej czerwone/ purpurowe jeziorko.

Zasilająca je woda.



Tzw. kamulec.

 

 

Co jakiś czas można natknąć się na stare wejścia do kopalni.

 

Jeziorko purpurowe jest rozciągnięte na dosyć dużym obszarze

Kolejne wejście
A przy wejściu kawałki dawnych wzmocnień:

I następne wejście, gdy podchodziłem zauważyłem spadającą ze stropu kroplę, która po dotknięciu ziemi wyparowała, pierwsza myśl: Kwas. Przecież w końcu, te skały składają się z pirytu, głównego składnika kwasu, ale po dotknięciu innej kropli dłonią nic nie poczułem.

Zbliżenie wejścia, widoczne belki to również wzmocnienia konstrukcji.

Następna sztolnia, a wewnątrz dziwne „coś”

Wygląda na metalową barierkę, być może ustawiona by nikt się dalej nie zapuszczał.


Bo tak w ogóle to mimo, że miejsce odwiedza multum ludzi z dziećmi to nie ma zakazu wchodzenia do wyrobisk. A teren należy do osoby prywatnej i gdyby coś nie miłego się wydarzyło, to odpowiedzialność spoczywa na właścicielu.

 

Kolorowe skały.

Polska i zasady BHP.
Gdybym się potknął o wystające korzenie, których na głównej ścieżce jest w cholerę, to zanim spadł bym na sam dół czerwonego jeziorka zdążył bym jeszcze odmówić modlitwę, mówiąc prościej, szlak przebiega obok urwiska, a zabezpieczone jest ono tak:

Czyli to co nas „chroni” to przeżarte przez korniki żerdzie związane sznurkiem.

Jak ktoś lubi dłubać w skałach to obszar kolorowych jeziorek jest w sam raz. Można znaleźć piryt, fluoryt i coś tam jeszcze.

Gdy skręcimy, trochę w lewo zauważymy ruiny dawnych zakładów przeróbki pirytu, mimo, że to zadanie należało głównie do huty w Miedziance i Ciechanowicach.

 

Trasę pokonałem w sposób nietypowy, gdyż przebijałem się przez gęstwinę leśną, a nie szlaki.
Zacząłem od jeziorka Żółtego, następnie na przełaj do końca Czerwonego i z powrotem szlakiem do samochodu. Gdybym nie zawrócił, dotarł bym do chyba najładniejszego jeziorka, zwanego błękitnym lub lazurowych (zabarwiają go związki miedzi). Niestety jak to w Polsce bywa, nic nie jest oznaczone, co chwilę jakiś przechodzień pytał się mnie jak dojść do… i chyba większość osób wraz ze mną zakończyła przygodę na tych dwóch jeziorkach. Wiec jeszcze tu wrócę, chociaż z drugiej strony po co? W powietrzu unosi się nie miły metaliczno siarkowy zapach, oglądać za bardzo nie ma co, a żeby wejść do sztolni trzeba mieć wodery, co prawda w każdej sztolni jest woda no ale jakoś nie widzi mi się ubabranie w tej zanieczyszczonej.

Podsumowując:

Kolorowe Jeziorka= śmierdzące siarką bajora. Jak ktoś jest przejazdem to polecam, ale żeby specjalnie się tu fatygować to już nie. 25min spacerku i nie ma co oglądać. Jak przyjechałem kręciło się ok 10osób, po 15-25min już nikogo nie było. A pan na parkingu zapewniał: Panie tutaj czasami 500 samochodów stoi!
AKTUALIZACJA
 27 Maja 2013

Nie czuć już odoru siarki, no i nie zostałem skasowany za bilet (5zł), bo nie było parkingowego 🙂 Widać, że ktoś się wziął za teren i oznakowanie wyrobisk, bo jak już wspominałem Kolorowe Jeziorka to twór  wytworzony ludzką ręką. Ostatnim razem nie udało mi się dotrzeć do Niebieskiego jeziorka, które wg wielu jest tym najładniejszym. Niebieskie jeziorko wreszcie dostało strzałeczkę i wiedziałem w którą stronę podążać. Po kilku minutach marszu pod górkę, dochodzimy na miejsce:

 

 

 

 

Pomijając fakt, że od czasu do zmienia się nasycenie barw, należy mieć na uwagę, że zdjęcia nie oddają dokładnej barwy i uroku tego miejsca. Woda lazurowa, nasycona związkami miedzi, a dookoła las i spokój. Nieopodal jeziorka można zauważyć wbite w ziemię kamienie graniczne (kopalń)
Hoffnung (Nadzieja)
I Neues Gluck (Nowe Szczęście)

Wyprawa do Czarnego Boru

Data: 8 Sierpnia 2012
Godzina: 14;05
Temperatura: 20C
Koordynaty: N: 50° 46′ 27″  E: 16° 7′ 58″


W sumie to miałem odwiedzić Grzmiącą, ale jak to u mnie bywa, plany się często zmieniają, po części wpływ na to miała pogoda.

A co ciekawego można znaleźć w Czarnym Borze? Znaleźć nic, no prawie nic poza pałacem i spichlerzem i od tego zacznę:

Pochodzący z poł. XVIII w. spichlerz pałacowy

Oczywiście budynek od lat jest nieużywany i niszczeje mimo, że to zabytek:

Miejsce uwielbiane przez miejscową młodzież, na ziemi pełno ziaren słonecznika i papierosów.

Gdy już miniemy spichlerz warto wejść w las po lewej stronie.
Znajdują się tam bowiem grobowce właścicieli Czarnego Boru.

W 1450 teren wraz z zamkiem, a potem także pałacem stał się własnością rodziny von Czettritz und Neuhaus. Pałacyk jednak spłonął w 1509 r. zniszczony został też zamek Lubów (Liebenau) w Czarnym Borze.

Ówczesny właściciel wsi, Georg von Czettritz zbudował na prawym brzegu rzeczki Lesku nową siedzibę – renesansowy dwór. W 1784 r. nadano mu styl barokowy.

W 1833 r. właścicielem stał się Otto Friedricha Conrada barona von Zedlitz und Neukirch. Kiedy baron zmarł w 1840 r., cały majątek odkupił jego zięć August Bernhard von Portatius. Kiedy i on zmarł, niepodzielną panią dóbr została wdowa po nim Fridoline Ottilie Emilie Henriette von Portatius, z domu baronówna von Zedlitz.
Od grudnia 1851 r. Czarny Bór należał do starszego ziemskiego, późniejszego starosty powiatu kamiennogórskiego Hansa von Portatius. Tenże, 28 czerwca 1893 r., utworzył fideikomis z siedzibą w Czarnym Borze.
Ostatnim właścicielem majątku z rodziny von Portatius był rotmistrz Hans Bernhard, który zmarł 31 maja 1942 r. w Berlinie, ale został pochowany w Czarnym Borze.

W kilkanaście lat po II wojnie światowej w pałacu umieszczono, funkcjonujący do dzisiejszego dnia, Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej Szpital Lecznictwa Odwykowego dla Osób Uzależnionych od Alkoholu.

 Hans von Portatius

Ostatnim właścicielem majątku z rodziny von Portatius był rotmistrz Hans Bernhard, który zmarł 31 maja 1942 r. w Berlinie, ale został pochowany w Czarnym Borze.
Na dole jego grób:

Mnie jednak te naziemne budowle niezbyt interesowały, tylko to co jest pod ziemią, czyli? Kopalnia węgla Paulina (swoją drogą ładne imię)
To  von Czettritz uru­chomił tu pierwszą kopalnię węgla kamiennego.

W 1855 r. powstała kopalnia „Pauline”, ale działała tylko do 1857 r. Dała wówczas ok. 1.200 t. Następnie we­szła w skład spółki wałbrzyskiej. Rozwijała się na­tomiast kopalnia „Gottheif”, do której po 1860 r. przyłączono szereg okolicznych pól wydobywczych. Była to jedna z największych kopalń w zagłębiu dolnośląskim. Dawała blisko 10 tys. t węgla rocz­nie. W 1869 r. wybuchł w niej strajk, podczas któ­rego górnicy założyli oddział związku zawodowego górni­ków. W 1874 r. kopalnia ta weszła do spółki „Liebauer Kohlverein”, która scaliła wszystkie ko­palnie i pola wydobywcze pomiędzy Czarnym Borem a Lu­bawką, tworząc obszar górniczy o powierzchni blisko 40 km2. Część pól wydobywczych z terenu Czarnego Boru przeszła jednak do kopalni „Victoria” w Wałbrzychu. W tym czasie majątek ziemski w Czarnym Borze należał do puł­kownikowej F. von Portatius (z domu Zedlitz-Neukirch) i obejmował 1.491 morgów, natomiast w 1920 r. obejmował 1.342 ha. Rozwój górnictwa spo­wodował znaczną rozbudowę wsi i przekształcenie jej w osiedle rolniczo-przemysłowe.

Plany kopalni Paulina z zaznaczonymi chodnikami:
Miejsca zaznaczał kolega Aust (http://podziemia.eu/)

Mieszkańców Czarnego Boru powinny zainteresować punkty 1 i 8.
Punkt 1 to wylot sztolni odwadniającej, znajduje się on w krzakach wśród osiedla domków na ulicy Parkowej i jest prawdopodobnie zabezpieczony. Czemu o tym piszę? bo dzieciaki lubią buszować po zaroślach.

Postanowiłem sam pobuszować w tych zaroślach, ale niestety walkę przegrałem, musiał bym mieć połowę sprzętu Husqvarny, żeby zapanować nad tą zielenią 😉

Ale, być może to:


Jest tym kanałem odwadniającym?
 Ktoś powie, przecież to zwykłe szambo!
Może tak, a może nie. Jeżeli wylot miał przeznaczenie odwadniające, to być może ktoś to przekształcił w studnię? Nie spotkałem nikogo, kto mógł by mi powiedzieć od jak dawno to „szambo” tu stoi.


No i punkt 8, to szyb „Ludwig” o głębokości 44m, w chwili obecnej, ktoś na tym terenie buduje dom, ciekawe czy jest świadom co jest pod jego stopami?

 Mi udało się zlokalizować szybik nr.4 jest to szyb „Strassen” 26m głębokości     

 Wnętrze szybu.

Jak widać szyb zawalony/ zakopany.


Wpuściłem do środka kamerę z oświetleniem, jednak nagranie nie pokazało mi więcej niż wsadzenie ręki z aparatem do szybu i zrobienie zdjęcia, mówiąc prościej, szyb kompletnie zawalony.


Magazyn sprzętu do kopania, dla kopalni Paulina.


Pod grobowcem też znajduje się dziwna wnęka.

Ogólnie rzecz biorąc byłem tutaj jakieś 3 lata temu, dzisiaj trudno było mi odnaleźć wlot/ wylot sztolni numer 4, tym bardziej, że bujna roślinność dobrze maskowała komin.

Druga sprawa to fakt, że inaczej się spaceruje po lesie ze świadomością, że pode mną znajdują się sztolnie o głębokości kilkunastu metrów, a zdecydowane stąpanie po ziemi odpadało ze względu, że ziemia pokryta jest bluszczem i nie widać co jest pod nim

Porobiłem fotki i ruszyłem dalej, wtedy zobaczyłem, że powierzchnia dziur w ziemi jest taka sama jak ta bez nich. Część z nich to zapadliska po tunelach, ale zdecydowana większość to wyrobiska spowodowane dziełem rąk ludzkich, czyli osób szukających węgla. Ludzie kopią, nic nie znajdują i po części dziurę zasypują, czasami śmieciami.

 

„Narzędzia” pracy poszukiwaczy węgla.

 

 

W zasadzie, gdzie byśmy nie postawili kroku, tam wykop. Niektóre znajdowały się wręcz na ścieżkach.

Ludzie muszą być zdeterminowani, żeby poświęcać czas na kopalnie tych „dołków”, których doliczyłem się ok.14, a przecież szedłem wydeptanymi ścieżkami, więc to zaledwie jakiś procent całości wyrobisk.

No, ale pewnie lepiej kopać dziury w ziemi w poszukiwaniu węgla z piwem w ręce, niż znaleźć pracę.

 Idąc jakieś 400m dalej leśną drogą w górę można znaleźć jaskinię: 
Wejście.

Na ziemi pełno okruchów skał, przed wejściem zdjąłem plecak ze statywem bo haczył o strop, a nie chciałem dostać kamieniem w łeb.

Wspomniane „okruchy”

Ściany nie są zbudowane z jednolitej skały tylko pojedynczych kawałków, to źle, bo w każdej chwili któryś może odpaść

Podejrzewałem, że jaskinia tak naprawdę będzie mini sztolnią, jednak się myliłem, po przejściu 15m, jaskinia się kończy, nie ma zawału, po prostu się kończy

No i wyjście.

Jak zwykle rodzi się podstawowe pytanie… po co to komu?

1. W założeniu miała to być kopalnia jednak zrezygnowano, lub zabrakło czasu na wybudowanie kopalni.
2. Niezmordowani biedaszybnicy chcieli dokopać się do większych złóż
3. Naturalny twór skalny.


Zdjęcia z poszukiwań wejścia do „Pauliny”
Miejsce na terenie którego powinno znajdować się wejście do kopalni Paulina jest bardzo zdegradowana i zarośnięta. Poruszając się trzeba bardzo uważać na liczne rozpadliny.

 

Są też zasypane szyby/ kominy wentylacyjne.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I prawdopodobnie zatkany korkiem szyb, albo po prostu pozostałość po jakieś budowli, która tutaj stała, jednak biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie w tym miejscu powinno znajdować się wejście, kłaniam się ku pierwszej opcji.

Naprzeciwko tej murowanej posadzki można zauważyć strumyczek wypływający z bajorka na środku, czegoś w rodzaju łąki. Skąd to bajorko? Wielce prawdopodobne, że to woda z kopalni podchodzi ku powierzchni.

To bajorko zostawię sobie na inny dzień.

Wyprawa do Rybnicy Leśnej- rekonesans

Data: 6 Sierpnia 2012r
Godzina:18:37
Temperatura: ok.25C
Koordynaty: 50° 41′ 45.19″, +16° 16′ 59.01

No cóż, wyprawa nie do końca zaplanowana… w sensie? Dzisiaj miałem mieć wolne.
Wstałem z łóżka, łyk pepsi i w drogę.
Celem wyprawy była Grzmiąca, a konkretnie hałda w Grzmiącej, no ale GPS poprowadził mnie przez miejscowość Rybnica Leśna, wiedziałem, że i tam jest ciekawy „obiekt”, pytanie gdzie?
GPS wskazywał tylko ulice, trzeba było wysiąść i ruszyć tyłek, tylko znowu pytanie, gdzie?
Zatrzymałem się przed tym domem:

Dalej na czuja, czyli przed siebie.

Trochę się martwiłem, że nie odnajdę tej „wielkiej widocznej z daleka” hałdy.
Teren ogrodzony, ale co tam, wbijam się. Minąłem ogrodzenie z pastucha, idę polną drogą, a tam WIELKA hałda i zaczynam się zastanawiać: Jakim cudem można tego nie zobaczyć?

W oddali widać konie, to ich teren, no ale co mi zrobią 2 konie?

Po prawej kamieniołom, również spory biorąc pod uwagę rozmiary koparki

Chciałem mu się przyjrzeć z bliska, jednak strażnik nie pozwolił wjechać dalej.

Ale to nie kamieniołom nas interesuje, tylko hałda:

Promieniowanie 0,82uSv/h, nie dużo biorąc pod uwagę hałdę w Grzmiącej ponad 2uSv/h, ale norma to to nie jest (ok 0,30uSv/h)

Skażona skała płonna, gdyby była to blenda uranowa, licznik za pewne by mi się przekręcił:

Promieniowanie tła 3m od hałdy w normie.

Jeden z kamyczków w ręce na terenie „czystym” ( tj, promieniowanie tła ok. 0,15uSv/h)

Jak widać, a pewnie nie, frakcja jest dosyć zróżnicowana, od pyłu po ważące ok 1kg kamienie.

Hałdę zbadałem tylko od przodu, dlaczego?
Bo okazało się, że koni jest więcej…

A nawet znacznie więcej…

W sumie doliczyłem się ich 13. Niezbyt mądre jest plątanie się obok nich, gdy te pilnują młodych, więc jeszcze tu wrócę, tym bardziej, że za hałdą jest szybik prowadzący do sztolni, kiedyś korzystały z niego Wałbrzyskie wodociągi, po co? bo w sztolni gromadzi się duużo wody.

Nawet jak by nie było koni, do szybu bym nie wszedł, zawsze ktoś musi być u góry i czuwać nad wszystkim, tym bardziej, że wystarczy, że stara zeżarta przez rdze drabinka odpadnie i jestem w dup*e. Tzn. nie mogę wyjść 😉

A tutaj hałda z odległości ok 300-400m

No i widok z niej:

Pokręciłem się jeszcze jakieś 20min, zebrałem sprzęt i w drogę, do samochodu. Oczywiście powolnym krokiem, bo właściciel terenu raczej nie był by zadowolony, że obcy humanoid łazi mu po polu 🙂

Wyprawa do Ludwikowic Kłodzkich

Data: 30 Lipca 2012r
Godzina: 17:15
Temperatura: ok.22C
Koordynaty: 50° 37′ 42.27″, 16° 29′ 39.83″

Muchołapka… kto by pomyślał, że chodzi o potężny betonowy pierścień osadzony na betonowych filarach? chyba nikt. Obiekt mieści się w Ludwikowicach, ma jakieś 11m wysokości. Wstępne pomiary radioaktywności nic nie wykazały.

Co do  przeznaczenia owej konstrukcji są różne spekulacje:
-Lądowisko dla Niemieckich UFO
-Wyrzutnia rakiet V2
-Przyszła chłodnia kominowa dla elektrowni

Najbardziej prawdopodobne jest to ostatnie przypuszczenie, muchołapka stoi na terenie byłej fabryki amunicji/ materiałów wybuchowych, prawdopodobnie elektrownia służyła by do zasilania pobliskich zakładów.

Na każdym filarze widać metalowy pręt/ zbrojenie, być może obiekt miał być jeszcze wyższy?

Jednak nie tylko muchołapka jest ciekawym obiektem na tym terenie, ale również podziemia, które znajdują się jakieś 40m od obiektu.

To co widać na zdjęciu poniżej to dwa tunele ten z przodu idzie w głąb góry ten z dołu idzie pod muchołapkę.

Wszedłem do tego idącego w głąb góry

Hmm.. nawet o miejsce na drzwi się postarali

Trzeba było się trochę poschylać

Na dworze ok 22C, w tunelu zimno, choć to głupie przez moment się zastanawiałem, czy to przypadkiem nie lód 😉 Zapewne jakiś wapniowy naciek

Cały czas szedłem prosto, po drodze był skręt w lewo (zawał), prosto po przejściu kilku metrów również zawał, wiec skierowałem się w prawo i doszedłem do wyjścia

Niestety do tunelu, który szedł do muchołapki nie wszedłem, za nisko, musiał bym się czołgać, muchołapka nie była celem podróży, musiałem wyglądać czysto 😉

Jeżeli muchołapka miała być chłodnią dla elektrowni to po co tunele idące pod nią? Komin chłodni jest dosyć ciężki, po co ryzykować zawalenie konstrukcji spowodowane podkopami?

Takich tuneli jest dookoła pełno, na pewno jeszcze tu wrócę i to sprawdzę.

Wyprawa do Grzmiącej

Data: 28 Lipca/ 6 Sierpnia/12 Sierpnia 2012r
Godzina: 16:45
Temperatura: ok 25/ 20C
Koordynaty: 50° 41′ 29.50″, 16° 20′ 38.05″


Gdy już wyjechałem z Rybnicy Leśnej, udałem się w kierunku, który wskazywał mi GPS.
Po drodze minąłem, dosyć spory budynek:
 W latach 80 zakład należał do rodziny Gleserów, budynek był fabryką drzewną. Zakłada się, że owa fabryka była największą w Europie, a jej produkty rozchodziły się na cały świat

Od 1945 roku zakład produkował części do maszyn włókienniczych, była to część Dolnośląskich Zakładów Artykułów Technicznych w Głuszycy
Od 1992  fabryka stała się własnością niemieckiej Spółki Schlingmanna i Von den Elsena. Obydwaj właściciele, Niemiec i Holender, zlikwidowali swoje firmy i wszystkie maszyny i urządzenia przetransportowali do Grzmiącej, uruchamiając produkcję krzeseł. Ok. 90% produkcji idzie na rynek niemiecki, a stamtąd do Austrii, Francji, Szwajcarii

Jadąc drogą dalej, drogą obok kolei widać czerwony budynek:
 Jest to, a raczej był budynek należący do kolei, mieścił się w nim magazyn, z którego wydawano przesyłki, zresztą kraty w oknach potrafią dużo powiedzieć, ja o przeznaczeniu budynku dowiedziałem się od miejscowego starszego, miłego Pana. Budynek oczywiście już nie jest użytkowany, niszczeje z roku na rok, a czemu niszczeje? Bo młodzież ma za dużo wolnego czasu, budynek kilka razy był podpalana, ale jeszcze się trzyma

Jadąc 100m dalej docieram do stacji PKP:
Mijam stację i w chodzę w drogę idącą w prawo, moim oczom ukazuje się przekładnia kolejowa:
 Oczywiście co jakiś czas, widoczne na zdjęciu metalowe linki są „zabierane” przez „ekologów” jak to określił starszy Pan, którego spotkałem przy tym urządzeniu.
 
A nieco dalej, dawny „garaż” dla drezyny:
Widok stacji od drugiej strony:

Grzmiąca ma dosyć ciekawą historię, historię związaną z uranem.

W tej miejscowości dawniej wydobywano ten pierwiastek. Niestety obecnie wejście do  kopalni jest zatkane betonowym korkiem, ale jak to wyglądało wcześniej? Gdy pracowały tu dziesiątki osób?

No cóż, jest praca jest wyższy poziom życia, należy sobie przypomnieć choćby Wałbrzych i kopalnie węglą, dopóki wydobywano czarne złoto ludziom żyło się ponad stan.

W Grzmiącej było podobnie, W 1956 roku uruchomiono tu kopalnię uranu, wydobyto ok 6000t tego pierwiastka, oczywiście nie w czystej formie tylko wymieszanej ze skałą płonną, materiał ten musiał być poddany obróbce, jak wyglądało dokładnie wydobycie? tego się już raczej nie dowiemy, ludzie byli zobowiązani utrzymywać wszystko w tajemnicy, co ciekawe złoża należały do Rosjan, ale to Polacy się wszystkim zajmowali. 
Teren oczywiście był pilnowany przez strażników, ale ludzie nie czuli żadnej presji, wręcz przeciwnie, wszystko kwitło. Dzisiaj na miejscu zastaniemy tylko hałdy, a dawniej stały tam budynki różnego przeznaczenia, oczywiście związane z kopalnią. 
Gdzie trafiał urobek? 200m od kopalni znajduje się stacja kolejowa, więc można by śmiało powiedzieć, że trafiał na wagony, ale od człowieka, którego spotkałem (87lat) dowiedziałem się, że koleją urobku nie transportowano. 

Pytanie, czy forma transportu była tajna i nikt nie wiedział, kiedy i gdzie wywożono urobek, czy rzeczywiście tak jak mówił ten Pan urobek wywożono gdzieś „dalej” poza teren kopalni. Człowiek ten trafił tu mając 19lat, więc chyba wie co mówi 🙂 A mówi całkiem sporo, to dobrze….

Chwila, ciszy…. pokazuje mi palcem, gdzie kiedyś rosły bujne lasy, a gdzie uprawiono wszystko co się dało, zboża, ziemniaki, buraki, jak mówi wszystko.

Dowiedziałem się, że dużo osób zachorowało tutaj na raka, można by powiedzieć: TO PRZEZ PROMIENIWOANIE!! no, ale dzisiaj już wiemy o zjawisku hormezy radiacyjnej, czyli dobrym wpływie małych dawek promieniowania. Ten starszy Pan miał na policzku czarną plamkę, pierwsze co przyszło mi na myśl to rak skóry, no ale przecież nie będę mówił starszemu człowiekowi, któremu nie zostało zbyt dużo życia, że ma raka, teraz przeglądam zdjęcia i rzeczywiście plamka wygląda na raka skóry, ale z drugiej strony, który człowiek w tym wieku nie ma odbarwień na skórze?

Kiedy już się rozstawaliśmy starszy człowiek powiedział: Młodzi piszcie o tym, róbcie kroniki.
Ten temat niejako będzie taką mini kroniką o historii Grzmiącej

A jak sytuacja ma się obecnie?
Obecnie złoża szacuje się na ok 1000-2500t.
Ale wydobyciem raczej nikt się nie zainteresuje… idziemy dalej.

A dalej, krzywy słup w Grzmiącej 🙂

Z dawniej kopalni nie zostało nic, no prawie nic bo idąc przez lasek trzeba patrzeć pod nogi, żeby nie potknąć się o dawne fundamenty budynków i podkłady kolejowe.

Ale to co pozostało też jest ciekawe, a co pozostało? hałdy, ale nie takie zwykłe, tylko radioaktywne…


Wspomniana hałda: 
Ktoś zapyta: Gdzie? W centrum zdjęcia, bo czas zrobił swoje i wszystko pokryło się szatą roślinną.

Druga, bardziej „goła” i najbardziej promieniotwórcza hałda:


 























A
tu LEON wśród atomowych hałd. Macie moje radioaktywne błogosławieństwo.
(Podwinięte rękawy, bo zapomniałem rękawiczek 😉  )

 Trochę niżej znajduje się staw.

W którym pływa mnóstwo ryb….
I w którym kąpią się dzieci…

 W niektórych publikacjach, mówi się, że staw służył przy wydobyciu rudy uranowej, a wiec miał zastosowanie przemysłowe, ja jednak dzisiaj (12.08.12) spotkałem ponownie starszego Pana, który powiedział, że tu pełno tego typu stawów bo woda znajduje się tuż pod gruntem i staw powstał już po działalności górniczej.

Osobiście nie polecam kąpieli w stawie do którego po każdym opadzie deszczu spływają cząsteczki uranu, to samo tyczy się zjadani złowionych tu ryb.

Wracając do samochodu, zauważyłem, że dookoła pełno dołków, niestety zarośniętych, być może są to zapadliska szybów górniczych.

 A cóż to takiego? Albo, dawny „budynek” należący do kopalni, albo co bardziej prawdopodobne, ktoś tu nielegalnie wyrzuca azbest.
 
Żeby się tu dostać, swoją podróż należy rozpocząć od stacji PKP, za stacją i za torami znajduje się dróżka, którą rolnicy jeżdżą do pola, po pewnym czasie naszym oczom ukaże się, po prawej stronie mini lasek, ścieżka wydeptana w niekoszonej trawie jest dobrze widoczna. W tym momencie warto włączyć licznik geigera, mój w odległości 100m od głównej hałdy pokazywał: 0,61uSv/h

Całkiem sporo biorąc pod uwagę fakt, że średnia światowa to 0,30uSv/h

U stóp hałdy było już tylko ciekawiej: 0,91uSv/h
Oczywiście najlepsze wyniki uzyskałem po wdrapaniu się na „górkę” i przyłożeniu licznika do ziemi, w porywach wskazywał on 2,30uSv/h a więc sporo, bo jest to ponad 15 razy więcej niż w moim domu.

























 Może tutaj jeszcze wrócę, może uda mi się spotkać tego sympatycznego staruszka i powie mi coś więcej? Kto wie.”

 
No i wróciłem, dzisiaj uzupełniłem resztę relacji, a nawet spotkałem ponownie starszego Pana wraz z żoną 🙂